Dziś chciałbym opowiedzieć o tym dlaczego w życiu warto czasem skoczyć na główkę – czyli czego doświadczyłem ponad rok temu i co z tego wyniosłem…

Gdyby ktoś rok temu zapytał mnie co chcę robić w życiu, to pewnie odpowiedziałbym że nie wiem, ale szukam. No przecież!

Mam mnóstwo pomysłów, całe morze myśli, planów i projektów, które uciekają mi czasem tak nagle jak się pojawiają. Choć niektóre też przyczepiają się na dni, tygodnie, czy nawet miesiące i obracam je nieustannie w głowie, oglądam z każdej strony, poddaję wnikliwym analizom aż w końcu… i tak nic z tego nie wychodzi. Bo finalnie nie jest to jednak coś, czemu chciałbym się poświęcić lub uznaję, że – najzwyczajniej w świecie – nie będę miał z tego za wielkich profitów, zatem jest to kiepska inwestycja mojego czasu i pieniędzy. A mając na karku kredyt hipoteczny w pakiecie z kilkoma ratami na tv, pralkę, kanapę, itd, rodzinę składającą sie z narzeczonej, labradora, dwóch szczurów i agamy brodatej… Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby rzucić wszystko i pójść za ciosem. Tym bardziej, że samochód wymaga naprawy, z łazienki sypią się 20-letnie kafelki, wesele samo się nie zorganizuje, a czas ucieka… Nieubłaganie.

Nie wiedziałem co chcę robić, czemu się poświęcić, mieć z tego frajdę, robić to dobrze i równie dobrze na tym zarabiać. 

Skądś to znasz, co? Wiedziałem tylko, że kolejny rok w tej samej firmie – notabene całkiem fajnej i ciekawej, bo robiłem memy i komiksy do internetów (mokre sny wielu, wiem) – nie sprawi, że poprawi się moja sytuacja finansowa, nie uzbieram na to wszystko, co chciałbym zrobić i nie zrobię kariery, ponieważ nie ma możliwości awansu w mojej kilkuosobowej ekipie. Choć posadka wygodna, bo od półtorej roku moim biurem był własny pokój (i za to niektórzy daliby się pokroić – również wiem), to z dnia na dzień narastala we mnie ta dziwna frustracja.

Jeszcze kilka dni, tygodni i oszaleję. Prawdopodobnie z tej niemocy i permanentnego przebywania w kozim rogu, do którego sam przez te lata różnych decyzji i zobowiązań się zapędziłem. I nie było to coś, czego bym żałował, choć czasem miałem gorsze dni zwątpienia we wszystko, co robię i osiągnąłem. Wiedziałem jedynie, że muszę coś ze sobą zrobić. Jakoś wypełznąć już z tej znienawidzonej wręcz pętli beznadziei.

Poza pracą robiłem różne projekty, zlecenia czy inne drobnostki dla śmiechu, czy zarobienia kilku groszy. Jednak nie łudziłem się (no, czasami tak), że jest jakaś realna szansa na to, że będzie to stanowiło dla mnie podstawowe źródło utrzymania.

Miałem z tyłu głowy ten wewnętrzny i wciąż narastający bunt, który każdego kolejnego dnia mi doskwierał i nie pozwalał pogodzić się z tym, że nie mam żadnego rozsądnego wyjścia.

Ale właśnie, bo czy to wyjście musi być rozsądne? Czy całe życie muszę być takim wiecznym sceptykiem, chować głowę w piasek, siedzieć w tej pieprzonej strefie komfortu i tylko analizować… W imię czego, do cholery? W jakim celu? Co mi z tego przyjdzie? Przecież jeszcze trochę i zacznę rzucać wszystkim wokół, tłuc pięścią w ściany i nienawidzić samego siebie za to, że nic nie robię, bo – szlag by to!, ale nie wiem co mam zrobić!

w życiu warto czasem skoczyć na główkę

Jeszcze trochę i zacznę to przelewać na najbliższą mi osobę, choć pewnie i tak już to robiłem, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Zaczną się jakieś chore awantury, zainicjowane przeze mnie z jakichś totalnie błahych powodów, żeby tylko wylać z siebie ten gniew i żal, który tak bardzo zalewa moje skolatane myśli.

Nie skończyłoby się to dobrze i chyba w pewnym momencie zacząłem to podświadomie rozumieć. Że siedzę tu na dupie i czekam na rozwiązanie idealne, które i tak przecież nigdy nie nadejdzie. Dlaczego? Bo takie nie istnieją, a już tym bardziej dla kogoś, kto na wszystko zaczyna patrzeć spod byka i dostrzega coraz mniej szans, ale za to coraz więcej i więcej zagrożeń.

w życiu warto czasem skoczyć na główkę

Jak tu w ogóle z tego wybrnąć?

Nie widziałem wyjścia, dopóki dobrzy kumple nie wrócili z Anglii, po kilku miesiącach pracy w Amazonie. Opowiedzieli jak było, zaczęliśmy się znowu spotykać na piwko i dowiadywałem się coraz więcej, coraz bardziej też dopytywałem o szczegóły… A w głowie migotała mi drobna iskierka nadziei na to, że być może i mi udałoby się wyjechać na jakiś czas – bo przecież zarobki są kosmiczne w porównaniu z moją aktualną pensją. I pewnie, nie jest łatwo, warunki są ciężkie, niewiadomo co mnie tam czeka, nie chcę zostawiać narzeczonej samej – na której barki spadną wszystkie obowiązki, a już i tak zmaga się z poważnymi problemami zdrowotnymi…

Nie chcę zostawiać tego wszystkiego i jechać w nieznane. Niby nie sam, ale w miejsce totalnie obce. Bo przecież może się nie udać. Mogę stracić wszystkie oszczędności i wrócić z niczym. Bo przecież nie mamy ogarniętej chaty, ani nawet pracy. „Wszystko na miejscu, na luźno” – powtarzają mi kumple, choć nie wiem czy tak naprawdę sami w to wierzą.

Mimo poważnych wątpliwości, zaczynam się wewnętrznie przekonywać, żeby jednak pójść na żywioł, że może warto jednak skoczyć na główkę? Wejść w tą ślepą uliczkę, bo może gdzieś na samym jej końcu, odnajdę dziurę w płocie? Może choć raz zaryzykować? Co mam do stracenia? Wszystko. Co do zyskania? Siebie. Wszystko. Pieniądze. Marzenia. Przygodę! Ucieczkę od codziennej beznadziei i braku wiary we własne możliwości.

To był mój pierwszy lot samolotem w życiu. Pierwsza praca i mieszkanie za granicą. Pierwsza tak długa rozłąka z moją drugą połową.

Ostatnie kilka tygodni przed wylotem pamiętam jak przez mgłę, ale wiem że nie było lekko. Rzucenie pracy, odkładanie kasy, ostatnie imprezy, pakowanie walizki. Byłem przerażony. Nadal jestem, jak wspominam to wszystko.

Polecieliśmy.
I być może właśnie popełniałem największy błąd w swoim życiu – co przelatywało mi przez głowę nie raz i nie dwa.

W dzień wyjazdu byłem ledwo żywy, na kacu, z pełnymi gaciami i po dwóch godzinach snu, z przeświadczeniem, że oto wyruszam w podróż, która niewiadomo jak się skończy. Nie pamiętam w zasadzie dobrze drogi na lotnisko, samej odprawy i oczekiwania na samolot. 

Wyjeżdżając postawiłem sobie ambitny cel, żeby filmować wszystko telefonem i wrzucać do sieci. Stworzyć swoistego vloga, który stanie się moim pamiętnikiem z tej wyprawy. I już pierwszego dnia, wysiadając z samolotu, skazałem ten pomysł na porażkę. W ciągu kolejnych dni tylko się to potwierdziło – nie było ani czasu, ani siły kręcić czegokolwiek.

Pierwsze dni spędziliśmy u kumpla na kanapie (w sensie: nocując), ale zaczęliśmy robotę już na drugi dzień po przylocie – zatrudnili nas od razu, bez jakichkolwiek problemów, podobnie jak inne kilkadziesiąt osób, które tego dnia stawiły się z nami w agencji pracy.

Jak wygląda praca w Anglii? Polacy w UK.

Nie jest łatwo, ale człowiek z czasem się przyzwyczaja. Choć pierwsze dni były dla mnie katorgą, bo przerzucenie się od biurka do pracy na nogach przez 10-11h dziennie to nie byle jaka zmiana. Poza pracą w Amazonie nie robiłem nic szczególnego. Wychodziłem do roboty, gdy było jeszcze ciemno i wracałem, gdy już było ciemno. W oknach autobusu widziałem więc tylko czerń, przeplataną bladymi światłami lamp ulicznych, skąpanymi we wszędobylskiej mgle. Okazyjne dni wolne spędzało się na praniu, sprzątaniu, zakupach i spacerach po najbliższej okolicy. Aczkolwiek wolnego było mało, bo gdy tylko nadażała się okazja – brałem dodatkowe godziny i dni w magazynie.

Moja praca polegała głównie na bieganiu ze skanerem w ręku po całej hali i kompletowaniu zamówień – czyli zbieraniu przedmiotów, które pokazywały mi się na wyświetlaczu, ładowaniu ich do koszy i wrzucaniu na taśmę. Nic specjalnie trudnego, robiło się gorsze rzeczy. I tak bite 10 do 11 godzin dziennie (w tym dwie krótkie przerwy + jedna dłuższa, obiadowa), 4,5 czy 6 dni w tygodniu + około 2 godziny na dojazdy. Tak w sumie: nie było nas po 12/14 godzin w domu. Ale gdy widzi się pierwszy kwitek z wypłatą… dopiero wtedy człowiek orientuje się, że… wow. No naprawdę. Udało się. Hajs się zgadza.

Czy praca w Anglii się opłaca, czy warte jest to tyle zachodu, stresu i poświęceń?

Teraz myślę, że tak. Choć nie obędzie się bez bólu (i tego fizycznego, ale również psychicznego). Mógłbym również powiedzieć, że nie jest to dla każdego, ale byłaby to gówno-prawda. Bo pracowali ze mną ludzie ze wszystkich stron świata. Kobiety i mężczyźni. W każdym wieku, różnej religii, o różnych przekonaniach, sile fizycznej i psychicznej. Było tam też wielu Polaków, którzy – podobnie jak i ja – przestali zapewne widzieć sens w ciułaniu groszy w naszym pięknym kraju i polecieli odkuć się na wyspy, uciec od bezradności i zrobić coś ze sobą i ze swoim życiem.

Dlaczego w życiu warto czasem skoczyć na główkę?

Bo życie powinno przynosić radość i wyzwania. Ponieważ żyjemy za krótko, aby odmówić sobie swoich własnych marzeń i celów i tkwić bezradnie w martwym punkcie, bo jest „ok”, bo „da się żyć”. Zastanów się – czy nie warto czasem odważyć się na jazdę bez trzymanki i zrobić ten krok, który może wszystko odmienić? Nigdy nie wiesz co czeka za rogiem budynku, gdy nawet nie wychylasz się za próg swojego pokoju. Myślę, że każdy powinien wyjść ze strefy komfortu – tak często wspominanej przez trenerów personalnych i inszych tego typu jegomościów. Ale jest to prawda – czasem trzeba stanąć oko w oko z największymi lękami, zrobić coś, o co nigdy byśmy się nie podejrzewali. Potwornie Prawdziwe.

Co wyjazd zmienił w moim życiu?

Myślę, że wiele. Przede wszystkim sprawił, że nieco bardziej uwierzyłem w samego siebie i w to, że może nie wszystko trzeba skrupulatnie zaplanować. Czasem po prostu się coś udaje. Poza tym – nie byłem tam super długo, bo w zasadzie półtorej miesiąca (choć dla mnie była to wieczność), a przywiozłem do Polski dobry pieniądz, dzięki któremu mogłem naprawić auto, wyremontować nieco mieszkanie, zostawić trochę na czarną godzinę i poszukać lepszej pracy. Planowałem zostać dłużej w Anglii, zarobić więcej i po powrocie zacząć realizować się artystycznie, ale nie zawsze plany wypalają i musiałem dostosować się do sytuacji.

Co zwiedziłem, to moje. Narzeczona spędziła u mnie święta, odwiedziliśmy Londyn i naszych przyjaciół w Watford (co do tej pory wykraczało poza nasze możliwości finansowe, choć oni co jakiś czas nas w Polsce odwiedzali, będąc jedynie studentami! w UK, bez stałej pracy), wpadliśmy w mały szał zakupowy i obkupiliśmy siebie i rodzinę w angielskich sklepach…

Tak naprawdę dzięki temu wyjazdowi w późniejszym czasie, już po powrocie, mogliśmy pozwolić sobie na o wiele więcej. Popłynęliśmy na weekend do Szwecji, na wakacje do Grecji… co do tej pory było dla nas jedynie w strefie marzeń.

Te zaledwie półtorej miesiąca zmieniło nasze życie – bez wątpienia.

Czy powtórzyłbym to i ponownie skoczył na główkę?

W życiu warto czasem skoczyć na główkę, ale łatwo powiedzieć, a ciężej zrobić. Jeszcze kilka tygodni temu powiedziałbym, że nie. Że mam już nową pracę, całkiem ok (choć bez rewelacji) zarobki, jakieś perspektywy i wyzwania, ale… Znowu poczułem to znajome uczucie, narastające gdzieś z tyłu głowy. Coś niebezpiecznie się zbliżało… 20-letnie kafelki nadal sypią się z łazienki, z tym że teraz jeszcze wypadałoby wymienić i drzwi wejściowe, które już nawet nie do końca chcą się zamknąć. No, i wesele samo się nie zorganizuje, a chciałbym naprawdę móc sobie pozwolić na to, żeby była to wyjątkowa impreza i przeżycie.

A pieniędzy nie ma. Jest nawet jakby coraz mniej i nie wiem gdzie mi ciągle znikają. No i brexity nadchodzą – więc niewiadomo co będzie za kilka miesięcy. Znowu świąteczny okres się zbliża (lepsze zarobki w UK)…

Albo teraz, albo nigdy.

No i znowu lecę.

Pisząc te ostatnie słowa, właśnie pakuję walizkę i niebawem ruszam na lotnisko, by ponownie – chyba już ostatni raz (?) – wsiąść do samolotu i polecieć do pracy na wyspach. Zostawiam moją narzeczoną, psa, dwa szczury i agamę brodatą i lecę… z pełnymi gaciami… w poszukiwaniu pieniędzy, dzięki którym będę mógł ponaprawiać swoje mieszkanie, ale również i swoje życie.

No, i marzy mi się kurs tatuażu, ach.

w życiu warto czasem skoczyć na główkę

Życzcie mi powodzenia.
Long live the queen!

Przy okazji, zachęcam do sprawdzenia tekstu o tym, że nikt tak naprawdę nie jest dorosły, bo to prawda 😉 A czy Tobie zdarzyło się skoczyć w życiu na główkę?

 

A jeśli masz takie dziwne przeświadczenie, że fajnie by było podać nam swój adres e-mail z własnej nieprzymuszonej woli i otrzymywać od nas powiadomienia o nowych postach (i nie tylko), no to w zasadzie my się wcale nie obrazimy.



 

Komentarze Facebook