W pewnym momencie życia, a przypada to zazwyczaj przy okazji nastoletniości i młodzieńczego buntu, zaczynamy sobie wszyscy uswiadamiać, że chyba tak naprawdę:

Nikt nie jest dorosły. Wszyscy tylko improwizują. Lepiej lub gorzej.

Będąc młodym człowiekiem, jeszcze tak naprawdę niewiele wiemy o świecie i innych, ale gdzieś tak w podświadomości zaczyna nam kiełkować ta myśl, która z biegiem czasu zaczyna dominować.

O „dorosłości” i zmianach pisaliśmy nieco więcej w poprzednim poście: „Jak zacząć pisać bloga? Jak napisać pierwszy blogowy wpis i dlaczego, ku*wa, tak ciężko?”

Nikt nie jest dorosły

Ale co to w ogóle znaczy ta dorosłość?

Definicji są setki, ale głównie sprowadza się to do ukończenia 18 lat (przynajmniej w Polsce, bo próg zależy od kraju), wzięcia odpowiedzialności za siebie i swoje decyzje, otrzymania szeregu praw (jak posiadanie prawa jazdy, czy picie alkoholu) i zobowiązań (zatrudnienie, pity, rachunki). Tak mocno w skrócie.

Jednak ten tekst nie ma na celu opisywania tej definiowanej prawnie dorosłości. Problem, który chciałbym tu poruszyć, to nasza mentalność. Nasza własna oraz innych, otaczających nas ludzi. Bo mam wrażenie, że wszyscy sami sobie robimy krzywdę. Dlaczego?

Pierwsze wzory do naśladowania.

Przez wiele lat naszego życia to rodzice są naszym wzorem i fundamentem, na którym opieramy ściany swojej osobowości (wykluczając oczywiście dzieci, które niestety rodziców nie miały), i na którym budujemy własny światopogląd, uczymy się relacji międzyludzkich, poznajemy od podszewki związek dwóch ludzi (no, tylko ci szczęśliwcy, których rodzina się nie rozpadła mają szansę), którzy postanowili połączyć swoje życia, idąc w kierunku – zdawałoby się – jednego, wyznaczonego celu.

Jednak, gdy już coraz lepiej wychwytujemy te niuanse i coraz częściej zdarza nam się rodziców podsłuchać lub po prostu w rozmowie dowiadujemy się różnych faktów, o których byśmy ich nie podejrzewali… Cóż, te fundamenty zdają się kruszyć i rozpadać z każdą minutą.

Okazuje się, że nasze wzory również popełniały masę błędów i głupstw w naszym wieku, a co najważniejsze – nadal to robią. Choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. Pozory.

Nawet im zdarza się mieć dziwne marzenia i fantazje, na które potrafią roztrwonić pieniądze i czas. Nawet oni są w stanie wpadać we wściekłość lub smucić się z błahych powodów. Nawet oni mogą upić się na imprezie, powiedzieć lub zrobić coś niestosownego, czy po prostu podjąć beznadziejna decyzję…

Ale ten tekst nie jest też o rodzicach.

Wypadało jednak zacząć opisywać drogę nas wszystkich od początku.

Potem są idole celebryci lub znajomi z najbliższego otoczenia i w końcu również odkrywamy te wszystkie negatywne cechy w nich. Zawodzimy się, bo to i tamto. Okazuje się, że nikt nie jest ideałem. Tracimy kolejne wzorce…

Codziennie spotykasz dorosłych.

Każdego dnia na naszej drodze spotykamy dziesiątki, czy nawet setki ludzi, a spora część z nich na pewno przypisałaby się sama do tej elitarnej grupy „dorosłych”. I pewnie, niczego im nie ujmując, niech się przypisują tam, gdzie im dobrze i gdzie się odnajdują. Natomiast dla mnie – i śmiem twierdzić, że nie jestem wyjątkiem w tej kwestii – dorosłość to jedynie utarta definicja ludzi, którzy przekroczyli już próg 20-stki, wyprowadzili się (lub też nie) na swoje, pracują, zarabiają i płacą rachunki. I co ponadto?

Nic więcej. Bo nawet najstarszym z nas brakuje bardzo często elementarnej wiedzy na różne tematy, brakuje obycia z innymi, kultury, czy zachowujemy się „niedojrzale”. Prawda?

Czasem spotykam starszych ludzi, którzy wymagają szacunku od wszystkich młodszych, jednocześnie samemu nie mając za grosz poszanowania dla innych. Publiczne zachowania i teksty, które często padają w komunikacji miejskiej możnaby cytować tygodniami… Według mnie jest to po prostu smutne. Weterani życia. Może to konsekwencje tej „dorosłości na pokaz” właśnie?

A Ty?

Gdy widzisz ludzi koło 30-stki, wrzucajacych zdjęcie na Fejsa, czy Instagrama, piszących bloga, nagrywajacych się w miejscu publicznym, prowadzących fanpage (przy okazji: Potwornie Prawdziwe), stołujących się w fastfoodach, którzy marnują czas na picie piwa, przesiadywanie przed Netflixem, bazgranie komiksów i granie w Pokemony na konsoli, to… co sobie myślisz? Pewnie: „O boże, co za wieczne dziecko, nie ogarnia życia! Pewnie nie ma znajomych i żadnych ambicji, mieszka ze starymi. Co za porażka.”

Nikt nie jest dorosły.

Też się na tym czasami łapię. Na ocenianiu z góry. Ale to bardzo rzadko jest prawda, bo opisałem w tym momencie samego siebie. Który poza tym wszystkim, stara się też edukować w dziedzinie marketingu, grafiki i kilku innych zagadnień, czyta całkiem sporo książek, planuje założyć rodzinę w bardzo niedalekiej przyszłości, ma wielu znajomych, z którymi czasem spotyka się zarówno na kawę, jak i na popijawę, czy wieczor przy planszówkach. Poza tym ma całkiem dobrą posadę, własne mieszkanie, samochód, jest ambitny (no, stara się) i próbuje różnych rzeczy.

Czy nadal jestem po prostu dzieciakiem? Ach, pozory. Co mnie odróżnia od tego, czy tamtego „dorosłego”? Chyba tylko fakt, że nie zamykam się na życie. A przynajmniej się staram.

Mam wrażenie, że ci „naprawdę dorośli” muszą być bardzo smutnymi ludźmi.

Ludźmi, którzy albo tak bardzo się utożsamili z tą definicją, że już nie mają żadnych, czasem może i głupich, czy dziecinnych rozrywek i marzeń. Albo tak bardzo starają się nie wyjść w towarzystwie (i poza) na dzieciaka, że tych swoich pragnień nie realizują, nie pozwalają sobie na nic, poza poważnym odwalaniem obowiązków w robocie i czytaniu literatury klasycznej (to ostatnie to oczywiście tylko przejaskrawiony przykład). I ja popadłem w ten stan permanentnego strachu przed wyrwaniem się przed szereg na pewnym etapie mojego życia. Zatem w pewnym sensie rozumiem. Ale nie zgadzam się.

Tak naprawdę to: Nikt nie jest dorosły. Wszyscy tylko improwizują. I jednym idzie mniej lub bardziej.

Ale niektórzy, wreszcie!, rezygnują z całej tej otoczki i po prostu pozostają sobą, albo chociaż się starają. Bo wydaje mi się, że bycie sobą w tym chorym świecie jest jednym z najtrudniejszych wyzwań, z którymi przychodzi nam się mierzyć. Ja nadal się tego uczę. Każdego dnia. Popełniać błędy. Ale próbować. Robić głupstwa, ale wyciągać z nich naukę lub po prostu frajdę.

Myślę, że właśnie o to w życiu powinno chodzić. O niewpisywanie się w schematy, które ktoś kiedyś wymyślił lub po prostu same się narodziły i tak przez lata utrwalily się w mentalności społeczeństwa, że przylgnęły do nas na stałe. A teraz każda jednostka, która próbuje się wyłamać jest piętnowana, nawet – albo przede wszystkim – przez najbliższych. Smutne to. Czyż nie?

Jest tak wielu zagubionych ludzi, którzy nadal próbują odnaleźć samych siebie (łącznie ze mną) właśnie dlatego. Przez to, że inni nie dają im szans na niebycie takim, jak wszyscy.

Nie bądźmy tacy sami. Bądźmy różni.

Bo przecież tak naprawdę wszyscy jesteśmy różni. Mamy inne pragnienia, cechy, plany, przyzwyczajenia…

Nikt nie jest dorosły.

Przestańmy być po prostu tymi „dorosłymi” z nosem na kwintę, którzy tak naprawdę najchętniej wyrwaliby się z tych ciążących już okowów, choć nie mają odwagi, ale sami oceniają innych, którzy takie próby wykonują.

 

Przestań po prostu być.
Wszyscy przestańmy.

 

P.S. Tak dziadku, czasem noszę kolczyki. Po prostu lubię. Czy musi być jakiś wielki powód? I nie, nie jestem za stary. Mam nadzieję, że nigdy nie będę za stary. Na nic.

Kiedyś w końcu kupię sobie ten motocykl. I nauczę się grać na gitarze. A może nawet na ukulele. O!

 

A jeśli masz takie dziwne przeświadczenie, że fajnie by było podać nam swój adres e-mail z własnej nieprzymuszonej woli i otrzymywać od nas powiadomienia o nowych postach (i nie tylko), no to w zasadzie my się wcale nie obrazimy.



 

Komentarze Facebook